Logowaniepodłoga
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
zakmnij
RSS RSS YouTube facebook

Jedna szkolna chwila, czyli wspomnienia mlodej

2 DODAJ
KOMENTARZ


Ocena:Ocena: 2 gwiazdki (polecamy)Ocena: 2 gwiazdki (polecamy)Ocena: 2 gwiazdki (polecamy)Ocena: 2 gwiazdki (polecamy)Ocena: 2 gwiazdki (polecamy)
Data dodania: 2012-05-05
Odsłony: 5723
Autor: mloda14-14

Ciepły, słoneczny dzień. Byłam w mieście. W pewnej chwili zobaczyłam Mariolkę – moją nauczycielkę/wychowawczynię z klas 1-3, z podstawówki. Dziwnie na mnie spojrzała, raczej mnie nie poznała. Przez 9 lat w ogóle się nie zmieniła. Dalej niska, brzydka, źle ubrana, ta sama fryzura i okulary. Nigdy się nie lubiłyśmy. Wydaje mi się, że mogła być trochę zazdrosna o moją wiedzę i charakter w wieku 7 lat. Szybko czytałam, miałam bujną wyobraźnię (co przydawało się przy pisaniu wypracowań), szybko radziłam sobie z zadaniami. Byłam pewna swoich umiejętności, co ją zawsze irytowało, szczególnie w sytuacjach, gdy usiłowała mi wmówić, że to ona ma rację.

Pierwszy raz pokazałam „rogi” w drugiej klasie podstawówki. W książce było zadanie polegające na uporządkowaniu wyrazów i ułożeniu z nich zdania. Zrobiłam to inaczej niż było w „kluczu odpowiedzi”. Mariolka tego nie zaakceptowała, wmawiała mi, że się mylę. Ja byłam pewna, że zadanie wykonałam poprawnie. Nauczycielka nie chciała mi wpisać dobrej oceny, więc pomyślałam wtedy, że udowodnię jej, że mam rację. Zaniosłam podręcznik z zadaniem do pani z biblioteki i innej polonistki i obie potwierdziły, że moja wersja także może być poprawna. Z odpowiednią notatką powróciłam do klasy, Mariolka niechętnie wystawiła mi należną ocenę i przez kilkanaście dni „strzelała fochy”. Wtedy i dziś miałam podobne zdanie na temat jej wykształcenia i kompetencji – niestety, pani nie należała do tych, które chcą czegoś nauczyć, wolała odbębnić swoje 5 godzin dziennie z małolatami i mieć spokój. Nie myślałam, że Mariolka znacząco wpłynie na moje życie, a jednak…

Wszystkie równoległe klasy uczyły się tabliczki mnożenia. Oprócz mojej. Mariolka kupiła każdemu z nas linijkę z wypisanymi działaniami, z której mogliśmy korzystać przy rozwiązywaniu zadań. Nie nauczyła nas także porządnie działań pisemnych. Dodawanie i odejmowanie zrobiła szybko i pobieżnie, uważała, że mnożenie nam się nie przyda, skoro mamy magiczną linijkę, a dzielenie możemy wykonać na kalkulatorze. Chyba nikt z nas wtedy nie myślał, że matematyka jeszcze kiedyś się przyda. Nie rozwiązywaliśmy także dużej ilości zadań z matmy, tylko te, które były zaznaczone jako „łatwe” w podręczniku (były do nich odpowiedzi).
Pierwsza matematyczna porażka to był narzucony z góry test kompetencji dla klas trzecich. Z polskiego dostałam piątkę, z matmy tróję – specjalna komisja dopilnowała, żeby nikt z nas nie miał linijki z tabliczką mnożenia ani kalkulatora. Każdy z nas przeszedł do kolejnej klasy (bez znajomości tabliczki mnożenia i bez umiejętności rozwiązywania zadań tekstowych z matematyki), a Mariolka zmieniła pracę.

W czwartej klasie trafiliśmy na panią K. Sympatyczna, ale cholernie wymagająca. Ci uczniowie, którzy mieli starsze rodzeństwo bądź chętnych do pomocy rodziców, szybko nadrobili mariolkowe zaległości i łatwiej przychodziła im nauka matmy z panią K. Przyznam szczerze, że dopiero w piątej klasie podstawówki nauczyłam się tabliczki mnożenia na pamięć. Rozwiązywanie zadań tekstowych nie przychodziło mi z wielkim trudem, ale nie byłam najlepsza w klasie (przodowali posiadacze rodzeństwa). Na każdy semestr miałam z matmy 4 lub 5, ale nie czułam się dobra z tego przedmiotu.

Egzamin w szóstej klasie zdałam całkiem nieźle i trafiłam do wymarzonego gimnazjum oraz na matematykę do pani A. Pani A. była jeszcze bardziej wymagająca i skutecznie zweryfikowała naszą wiedzę z podstawówki. Potrafiła utrzymać dyscyplinę w klasie i wszystko prosto wytłumaczyć, więc polubiłam jej lekcje. Niestety, pomimo moich jako takich umiejętności, dalej nie czułam się pewnie z matmą. Miałam lekcje z najbardziej surową nauczycielką w mojej szkole, oceny były niezłe, ale pomimo jednego z lepszych wyników w klasie ja dalej nie czułam się dobra z matmy – wiedziałam, że za mało umiem (w stosunku do posiadaczy rodzeństwa, których duża część przeszła ze mną do gimnazjum), że nie znam wszystkich obowiązkowych zagadnień z podstawówki, bo Mariolka nas tego nie nauczyła, a zaległości z klas 4-6 coraz bardziej się pogłębiały.

Z 5 na świadectwie z matmy skończyłam gimnazjum, ale wynik testu gimnazjalnego mnie nie zadowolił – 36/50. Wtedy też chyba przekonałam samą siebie, że powinnam myśleć o czymś humanistycznym, a nie ścisłym. Liceum – kolejne lekcje z panią A. (mam połączone Gim i LO i tych samych nauczycieli). Z perspektywy czasu uważam, że szło mi całkiem nieźle, 4+ na trymestr jest u niej dość dużym sukcesem. Niestety, w klasie miałam dziewczynę, która większość sprawdzianów pisała na 100% i na koniec miała zawsze mocną 5. Przy niej czułam, że moje umiejętności nie są oszałamiające i dlatego wybrałam specjalizację językową. Wmawiałam sobie, że to jest coś dla mnie, aż w końcu to uwierzyłam.
Kusiła mnie specjalizacja politechniczna (mat + fiz) z S., nauczycielem, który mi się podobał i którego uwielbiałam, ale bałam się, że sobie nie poradzę u niego. Każdy kolejny trymestr miałam dobre oceny z matmy (praktycznie 4+ lub 5) i dokładnie we wrześniu 2010 udało mi się trafić na lekcje do pana S. Było to moim celem od pierwszej klasy gimnazjum, ale wcześniej mieliśmy narzuconych nauczycieli i nigdy przedtem nie miałam z nim lekcji. We wrześniu przekonałam się, że jednak te moje matematyczne umiejętności nie są takie złe, a fakt, że pan S. mnie lubi, dodawał mi skrzydeł. Wtedy zrozumiałam, że popełniłam duży błąd, wybierając profil językowy, a nie politechniczny. Gdybym wtedy podjęła taką, a nie inną decyzję, dziś, dwa dni przed maturą, przygotowywałabym się do rozszerzenia z matmy i startu na politechnikę. Fakt, na politechnikę dalej startuję, ale mam świadomość, że moja podstawowa matma może nie wystarczyć.

A podsumowanie może być takie: Gdyby Mariolka nauczyła nas podstaw, to w klasach 4-6 radziłabym sobie z matmą dużo lepiej, byłabym bardziej pewna siebie i z tą pewnością trafiłabym do gimnazjum. Wierząc w siebie i swoje umiejętności, lekcje z panią A. na pewno dałyby mi więcej, a od pierwszej klasy liceum mogłabym już polować na matematykę z panem S. i dziś przygotowywałabym się do rozszerzenia.

Przypadkowe spotkanie Mariolki uświadomiło mi, jak ważne są podstawy i jak ważny jest fakt, kogo spotkamy na swojej drodze w życiu…


Tekst bierze udział w konkursie „Napisz arta” - jeśli Ci się spodobał, będziesz mógł oddać na niego swój głos po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń. Po szczegóły kliknij na: http://nastek.pl/konkursy.php?id=96


Przeczytaj inne arty

brak wasze artykuły Ona Siedziałam przy biurku, dzień jak co dzień. Minuty w pracy dłużyły się niemiłosiernie, a do...
brak wasze artykuły Społeczeństwo głupiejące? Socjologowie od lat mówią o społeczeństwie starzejącym się, społeczeństwie chorującym, ale chyba nikt nigdy nie...
brak książki Z bagna do szczęścia, czyli recenzja Wolę być… „Wolę być… to opowieść o dorastaniu, odkrywaniu siebie, sprawdzaniu własnych możliwości i ograniczeń, o miłości,...

Komentarze_ 2


brak

Bardzo fajny tekst, miło się czytało. Zgadzam się z puentą, choć tak naprawdę to tylko dwa z wielu innych czynników, równie ważnych.
Co najgorsze, to takich "Mariolek" w życiu spotkasz jeszcze sporo - już sam fakt pójścia na uniwersytet czy politechnikę, to pogodzenie się z faktem konieczności obcowania z osobami przekonanymi o swojej bezwzględnej wyższości wobec studentów (nie generalizuję, ale w wielu przypadkach tak niestety jest). Na szczęście teraz już masz zdecydowanie większe możliwości podejmowania dobrych decyzji - sama będziesz wiedziała, gdzie walczyć jak lew o swoje, a gdzie pozornie odpuścić a swoje robić ;)

brak

ja chyba też będę mieć 36 punktów z matmy ;/ a mam same 5... po prostu wyłożyłam się na prostych rzeczach, samej matmie. Te zadanie nie były trudne ale ja w tym stresie i wgl nie potrafiłam ich zrobić. I w podstawówce na teście szóstoklasisty też zawaliłam matmę...

Dodaj komentarz