Vortal    Czat    Zarejestruj    Zaloguj    Szukajka



Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 4 ] 
Autor Wiadomość
Nie wybrano
 Post Napisane: 17 kwi 2017, o 13:37 
-#
-#

Dołączył(a): 17 kwi 2017, o 13:32
Posty: 2
Witam wszystkich. Pewnie sie dziwicie, co dorosla baba robi na forum dla nastolatek, ale ja bardzo chce zrozumiec, w jaki sposob moje dziecko mysli i w jaki sposob dzisiejsza mlodziez mysli, bo bardzo bym chciala miec lepszy kontakt z moja 15-letnia corka.

Opisze moja historie, to moze mi cos doradzicie. Rozwiodlam sie z mezem, gdy corka miala 3.5 roku. Byly maz zmusil mnie podlym szantazem, zebym mu zostawila corke. Ojcem byl dobrym, mial stala prace i absolutnego swira na punkcie naszej coreczki. Ja bylam zagubiona, niepewna siebie jako zona i matka ( tak mnie zniszczyl w tym malzenstwie) i sie zgodzilam, by dziecko zostalo z nim. Poniekad chcialam dziecku zapewnic stabilne warunki rozwoju, a nie bardzo sama mialam jak to zrobic. Wyprowadzilam sie do Gliwic, a eks zamieszkal w Tychach z nasza corka. Byl rok 2005.

Corke widywalam w weekendy. Zabieralam ja do siebie na caly weekend. Nigdy dziecku przy mnie niczego nie brakowalo. Alimenty placilam regularnie i zawsze potrafilam wykombinowac kase na dziecka rozrywki i ubranka. Z praca w pewnym momencie zaczelo sie robic nieciekawie- rynek pracy dla anglistow byl bardzo nasycony i nie umialam znalezc pracy na tyle stabilnej, aby zapewnic odpowiedni doplyw regularnej gotowki, by placic rachunki, alimenty i by jeszcze cos potem zostalo.

W miedzyczasie byly poznal sobie szybko babke, by pomogla mu wychowywac nasza corke. Ta pani jest macocha mojego dziecka od 2005 roku. Jest obecnie druga zona mojego eks i matkuje mojej corce. Od poczatku ta pani- nazwijmy ja Barbie, jak ta laleczke - mnie nienawidzila. Byla tez chyba niepewna, czy wroce do bylego czy nie i z powodu braku pewnosci siebie wiecznie wbijala mi jakies szpile albo utrudniala kontakt z dzieckiem. taka wieczna chodzaca kupa pretensji. Potem po komunii dziecka sie troche uspokoila- w 2010. Zaszla w ciaze, wyszla za tego mojego eks i moje dziecko ma braciszka. Zrobilo sie troche spokojniej, do 2016 roku. Rozmawialam z Barbie, dziecko na tym korzystalo.

W 2006 roku postanowilam wyjechac za granice. Moja corka miala 5 lat, gdy wyjechalam do Irlandii. Chcialam ulozyc sobie zycie od nowa, zapewnic cos dziecku na pozniej w zyciu, by miala potem lepszy start, jakies inne mozliwosci, gdy zechce np. studiowac czy pracowac. Myslalam o jej doroslym zyciu. Wiedzialam, ze jest to ryzykowna decyzja i moj kontakt z nia bedzie ograniczony. Ale tez widzialam, ze eks tworzy corce stabilny dom z Barbie ( bardzo szybko wprowadzila sie do niego po naszym rozwodzie) i stara sie, by dziecko nie czulo negatywnych skutkow rozwodu. Obydwoje zreszta staralismy sie corce pokazac, ze mimo rozwodu ja kochamy i tak nadal jest, do dzis.

Latalam do Polski do dwa miesiace w latach 2006-2013. Chcialam, by dziecko mialo dobry kontakt ze mna. ledwo przyclecialam z powrotem, zaraz bukowalam bilety na kolejny wylot i oszczedzalam, co moglam, po czym wydawalam wszystko na dziecko. Kiedy inni budowali w Polsce, dorabiajac sie na emigracji, ja inwestowalam w dziecko.

Potem zaczelam latac co 3-4 miesiace. Corka weszla w wiek dojrzewania i zaczela miec fochy- co wyjazd zesmy sie klocily. Nie moglam latac do Polski czesciej- musialabym sie z powrotem przeprowadzic do tego kraju. To nie wchodzilo w gre, bo zaczelam budowac stabilne zycie na Zielonej Wyspie. Wyszlam za maz za tubylca. Corka byla na naszym slubie w Polsce i lubi mojego drugiego meza. Ma z nim dobry kontakt. Ustalilam z Barbie, ze bede latac co kwartal, tym bardziej, ze zlikwidowali mi lotnicze polaczenia bezposrednie do Katowic i nie dalo sie juz poleciec piatek-niedziela na weekend, jak dawniej, bo druga linia lotnicza obslugujaca polaczenia do Polski lata z najblizszego miasta wtorek-sobota, wiec trzeba brac wiecej urlopu na wyjazd do Polski.

Dzwonie, pisze do corki, uzywamy internetu do wzajemnej komunikacji i zawsze mialam z corka dobry kontakt, do zeszlego roku. Zabieralam corke do siebie do IRL na letnie wakacje, jezdzilam na ferie zimowe i staralam sie tez przyleciec kolo listopada/ poczatku grudnia, by swietowac urodziny corki, ktore ma na poczatku grudnia. Niczego corce nie odmawialam ( chyba ze prosba byla mocno nierozsadna). Udalo mi sie ja nawet zabrac w 2013 roku do Disneylandu we Francji.

Jesli zdarzaly sie nam okresy, ze nigdzie nie wyjezdzalysmy w Polsce razem z corka, to siedzialysmy u mojej mamy i po prostu leniuchowalysmy, ogladajac filmy, robiac zakupy i spedzajac razem czas, cieszac sie byciem ze soba po prostu.
Gdy przylatywalam, mialam zawsze nawet prezent dla jej malego braciszka, by maly nie plakal, widzac, jak jego duza siostra przywozi z Katowic multum prezentow i ubran od swojej drugiej mamy.

W 2014 roku w lipcu przeprowadzilam sie z mezem na wies z duzego miasta (jego mama zachorowala na raka) i maz wzial urlop na opieke nad rodzicami na dwa lta ( panstwo irlandzkie takie urlopy placi). Tyle ze ja musialam rzucic stala prace w miescie i na wsi zadnej pracy nie bylo. Tylko dzieki zalatwieniu sobie nowej karty kredytowej udalo mi sie wziac dziecko na urlop w Polsce - pojechalysmy na trzy dni do Warszawy, bo w stolicy bylo duzo atrakcji, a przy okazji spotkalo sie dziecko z kuzynka. dzieki tej karcie kredytowej moglam sie do ksiazek szkolnych dziecka dolozyc, bo inaczej nie bylam w stanie- dopiero co stracilam prace.

Nie mialam prawa jazdy, wiec do wiosny 2015 siedzialam w domu na zasilku i za duzo kasy nie mialam. Nie mialam z czego dolozyc sie do podrecznikow corki. Akle alimenty nadal regularnie placilam procz tego. Potem pojechalam w lutym na ferie zimowe 2015 do Pauliny i majac rachunki do tylu w IRL zabralam dziecko do Szwecji na 4 dni, by cos fajnego przezyla po tym, gdy mnie nie widziala od wakacji. Bralam wtedy pozyczke na samochod i wzielam troche wiecej, by pojechac z corka na urlop. Musialam bowiem zaczac robic prawo jazdy, zeby gdzies znalezc prace w okolicy.

Corka w Szwecji juz wykazywala fochy wieku dojrzewania. Gdy pytalam ja, co chce robic i co zobaczyc, odpowiadala, ze nie wie. Potrafila sie obrazic na mnie, ze nie wjechalam z nia winda szklana na dach jednego budynku, skad bylo widac caly Sztokholm. A ja po prostu boje sie wysokosci. Pozwiedzalysmy pare rzeczy, o ktorych czytalam wczesniej i ogolnie dziecko bylo zadowolone- wiem to od Barbie. Potem przyszly wakacje letnie 2015 i przywiozlam corke do mnie na wies na trzy tygodnie. Mialam prace dorywcza, wiec wiecej wolnego i poobwozilam corke po okolicy. Dziecku sie podobala cisza i spokoj, jakie tu mamy. A poza tym na szczescie mamy wifi i dostep do filmow z internetu, wiec nie nudzila sie nawet w deszczowe dni. Robilismy z mezem, co moglismy, by sie nie nudzila i sie dobrze u nas czula. Jej sie zreszta podoba sama Irlandia- taka spokojna i zielona.... Wyspi sie u nas, poje porzadnie zawsze... W Polsce obiady ma wykupione w szkole, a mlodszy brat jej nie daje pospac w weekendy.

I kiedys mi dziecko powiedzialo, ze ona lubi byc ze mna, bo ja jej pozwalam na bycie dzieckiem, na bycie soba. Moze sie lenic, wyglupiac, odpoczac. I chyba stanowie element przygody w jej zyciu tez. Ale to bylo gdzies ze dwa lata temu, tak wlasnie 2015 lato.
Potem chyba bylam jeszcze dwa razyw Polsce, na zime 2015 i na ferie 2016. Bylysmy glownie u mojej mamy, bo dla mnie zawsze wazniejsze bylo, by zaoszczedzic na letni pobyt corki u mnie.

W marcu 2016 odwiozlam corke do tatusia. I tylko po to, by uspokoic tatusia, ze mam cywilizowane warunki na wsi, pokazalam im moj dom na Google Earth. No i niepotrzebnie, bo w kwietniu macocha zrobila mi dzika awanture, ze sie w zeszlym roku nie dolozylam do ksiazek, ze nie robie wystarczajaco... I szlag mnie trafil. 10 lat spelnialam zyczenia macochy, placilam alimenty regularnie, kupowalam, co moglam i mojej corce i jej synkowi, gdy mnie o cos macocha prosila. Nazdalam macosze, powiedzialam eks, ze z macocha nie rozmawiam, ze naleza mi sie przeprosiny i nie bede z nia rozmawiac, poki mnie nie przeprosi. No i sie zaczelo.
W maju macocha wysyczala przez telefon, ze corki nie pusci do Irlandii. Na szczescie eks mial troche honoru i powiedzial, ze jesli corka bedzie chciala, to poleci. Podpisalam mu nowy paszport dla dziecka (stary sie konczyl) i corka ze mna poleciala. Od kwietnia jednak do lipca w zeszlym roku zdazyli jej wyprac mozg.

Moje dziecko przestalo mi wtedy mowic "mamo", choc dalej ma w telefonie mnie jako "mama Marysia" ( powiedzmy, bo nie chce podawac mojego prawdziwego imienia). Poniewaz z nimi mieszka, to nasiaka wszystkim, co jej powiedza. Przyjechala tak zbuntowana i zle nastawiona w zeszle lato, ze mialam wrazenie, jakby ja ktos poinstruowal, zeby specjalnie byla wredna.
Jeszcze tak sie nieszczesliwie zlozylo z jednej strony, ze akurat dostalam nowa prace, stabilna i musialam zaczac znienacka szkolenie po przylocie z corka do Irlandii. Wskutek tego mialysmy dla siebie wieczory i weekendy przez 3,5 tygodnia. Byla wkurzona, ze nie mialam calego czasu dla niej, ale tlumaczylam, ze nie moge rzucic pracy, ktora dopiero co zaczelam i mam szanse na normalna robote, a nie zmywanie po kuchniach.

Kupilam w 2015 na swieta Bozego Narodzenia pieska. Corka mnie juz w zeszlym roku prosila, bym sobie kupila zwierzaka ( w Polsce ma tylko krolika, bo mieszka w bloku). No i kupilam mala mieszanke labradorki z chyba dobermanem i nazwalismy ja Misia. Misia czekala na mnie i corke na stacji kolejowej w lipcu 2016 i szybko sie z corka zaprzyjaznila, bo jest bardzo przyjazna sunia.

Ale corka miala ogromnego focha przez pierwszy tydzien pobytu, Ja tez troche bylam podbuzowana jeszcze wtedy sytuacja i tez troche powiedzialam dziecku, ze nie podoba mi sie to traktowanie ze strony macochy. Jednak staralam sie dziecko zabrac na spacery z Misia wieczorami albo ogladalysmy filmy, a w pierwszy weekend zabralam dziecko do fajnego lasku niedaleko. To dziecko mi powiedzialo, ze jestesmy dobrzy tylko na wakacje ( miala na mysli mojego meza i mnie), a tak w ogole ona z nami nigdy mieszkac nie bedzie w przyszlosci. No i mnie zranila poteznie. Potem troche wiecej drugi tydzien tulilam bardziej psa niz corke. na drugi weekend zabralam ja do najladniejszego parku narodowego w calej irlandii i dziecko znowu strzelilo focha, ze ten park to brzydki, ona juz chce wracac. A to taki ladny park z zamkiem, jeziorem, gorami, w Killarney, zobaczccie na Google.Wiec wybuchnelam, ze pewnie te trzy lawki na krzyz w Tychach i pare drzew na miejskim skwerku pewnie sa ladniejsze... W koncu znalazlam fajna sciezke brzegiem jeziora i zrobilysmy sobie spacer z daleka od ludzi ( corka jest introwertyczka, stroniaca od ludzi jak najezony kot). Potem przyjechalam do domu z nia i jej wygarnelam, ze staramy sie z mezem je pobyt umilic, a ona tylko fochy strzela. zrobilysmy sobie dzika awanture obydwie, poplakalysmy sie obydwie, oczyscilysmy powietrze i zrobilo sie lepiej. Ostatnie poltora tygodnia juz bylo spokojniej, ale nadal pisala do ojca, ze sie na wsi nudzi ( no bo u nas faktycznie mozna sie wyciszyc). Ale gdy np. pytalam, czy pojdzie ze mna i Misia na spacer, to juz jej sie nie chcialo. Lepiej siedziec na wifi i ogladac Star Wars, a potem narzekac, ze jej pupa rosnie ( a moj maz ja ropieszczal- a to lody, a to batoniki po obiadku ....). Ptasiego mleka u nas jej nie brakowalo. No ale machnelam reka na zasadzie- niech sobie odpoczywa jak chce, bo u nich w domu w Polsce jest wiecej krzyku i dyscypliny.

Wyleciala z powrotem pod koniec lipca. W sierpniu kupilam jej wszystkie ksiazki, potem normalnie dzwonilam do niej, jak zawsze, co dwa tygodnie. Potem widzialam corke w styczniu tego roku. W grudniu, chcac jakos cos zrobic dla niej milego, wyslalam jej paczke. Chcialam jej cos dac na swieta i urodziny, zanim przylece. Wyczailam, ze lubi 21 Pilots i kupilam dwie plyty. Dolozylam jej szara bluze z New Look z najnowszego sezonu, czekoladki, kalendarz z jej zdjeciami na biurko (sama projektowalam, by przypominal je nasze fajne chwile, a nie chcialam, by klul macoche w oczy jakims moim zdjeciem), kartke, rajstopy, cieple skarpety i wyslalam kurierem. jak byla rekacja dziecka? Foch. Podziekowala bardzo za plyty, po czym zaczela, ze bluza miala byc czarna, a jest szara, ze rajstopy za cieple, a najbardziej mnie zdenerwowalo jej pytanie: A co mam zrobic z kalendarzem z wlasnymi zdjeciami? Mialam na koncu jezyka cos w stylu: Podetrzyj sobie tylek, gdy Ci papieru toaletowego braknie, ale tego nie powiedzialam. Ugryzlam sie w jezyk.

W styczniu zabralam ja do term w Uniejowie. Bardzo fajny osrodek, ale raczej rozkwita latem. Termy fajne, ale poza termami tam nie ma co robic, o czym ja nie wiedzialam. Probowalam z nia porozmawiac troche o nas, nie o macosze czy jej ojcu. Spytalam, kim ja dla niej jestem, co ja w ogole dla niej znacze. Nie umiala mi odpowiedziec. Wkurzyla sie tylko. Miala wypisane na twarzy zagubienie. Zal mi jej bylo. Robilam dobra mine do zlej gry, wlaczylam zdolnosci aktorskie i udawalam radosna, by ja tym zarazic, by byla wesola, i bysmy dobrze spedzily czas. Chcialam, zeby sie dobrze czula. Wrocilysmy do mojej mamy po 3 dniach w Uniejowie i corka przyznala mojej mamie, ze termy byly fajne. Jakos jej sie tam podobalo. Ale dalej odmawia mowienia mi "mamo", mimo ze krzywda sie przy mnie jej zadna nie dzieje, a ja staje na glowie, by sie przy mnie dobrze czula.

Od tamtej pory dzwonie normalnie co dwa tygodnie. Przestalam prawie wysylac jej buzki przez Messengera, bo i tak ignoruje prawie wszystko, co ja pisze. Telefony odbiera, troche pogadamy, ale i tak ja mowie wiecej na temat mojego zycia niz ona na temat swojego. Wszystko trzeba pazurami z niej wydzierac, jakiekolwiek informacje. Ja wiem, ze teraz dla niej kolezanki sa calym swiatem, rodzice to wapniaki i poza tym trzeba sie jakos przez bunt okreslic. A najlatwiej uderzyc w kogos, kto nie jest na miejscu, kto nigdy nie byl na swieta czy urodziny w Polsce. kazdy sie jakos musi zbuntowac, szukajac wlasnej tozsamosci.

Wiadomo. Wiedzialam, ze sie w pewnym momencie moze wkurzyc i obrocic zarowno przeciwko mnie, jak przeciw macosze ( w koncu nie jest powiedziane, ze tego nie zrobi, gdy np. macocha jej czegos zabroni). Ale mimo wszystko strasznie mnie ten jej zwrot przeciwko mnie boli.

Cholernie mnie boli. gdy do niej dzwonie, czuje sie tak, jakbym ja musiala przekonywac, ze nie jestem jej wrogiem. Gdy jej mowie, ze chetnie bede wspierac jej zainteresowania i jezeli bedzie chciala jakies plyty, to niech mi powie ( u nas plyty CD sa tansze niz w Polsce) i ona sie wrecz dziwi temu. A powtarzam jej, ze skoro moj ojciec wspieral moje zainteresowania, to czemu ja mam nie wspierac jej? Kupuje jej ksiazki do mangi ( ona bardzo lubi te komiksy), przybory do rysowania ( swietnie rysuje mangi), a macocha sie z tego zamilowania do mangi smieje. Ale to ja wychodze na ta "zla i niedobra".

Napisalam jej ostatnio, ze trzymam kciuki za jej egzaminy gimnazjalne i zapalilam swieczke w kosciele za jej powodzenie, by zdala jak najlepiej. Reakcja dziecka? Zerowa. Brak odpowiedzi. Po h... odpowiadac na cokolwiek matce.

Zaproponowalam jej, by mowila mi po imieniu, skoro nie chce mowic "mamo", to uznala to za dziwne i sie spytala, czy dalej moze sie zwracac bezosobowo do mnie. Mowi do mnie w drugiej osobie,ale bez zadnych okreslen ani imienia. Tak nijako.

Czym ja sobie na to zasluzylam? Co ja mam zrobic, zeby lepiej ja zrozumiec? jak ja mam sie zachowywac? Moze mi ktos wytlumaczy, jak dzisiejsze nastolatki mysla? A moze sa wsrod Was jakies nastolatki, ktorych rodzice tez sa na emigracji? Nie chce corki stracic i brakuje mi tego dziecka, ktore kiedys do mnie lgnelo, tak jeszcze dwa-trzy lata temu. Chce ta wiez nadszarpnieta przez pranie mozgu ze strony macochy odzyskac bez przeprowadzania sie do Polski.

Bo po co ja mam wracac do tego bylego kraju? Za trzy lata dziecko i tak skonczy mature i wybedzie gdzies na studia. Mam walnac poukladanym zyciem,ktore ciezko budowalam 11 lat po to, by mi byly przestal mowic, ze nie robie wystarczajaco, bo nie jestem w Polsce blizej dziecka? To sa tacy ludzie, ze cokolwiek bym nie robila, i gdybym nawet przeprowadzila sie do Polski, to zawsze by cos znalezli, by mi po prostu dowalic.

Zabrac ja do siebie przy jej nastawieniu, ze nie chce mieszkac w irlandii? Burzyc jej stabilny swiat, ktory ma w Polsce, wyrywac z grona znajomych? Mowilam jej, ze moglaby pojsc do liceum w Irlandii, ale ona nie chce. A wiem, ze by sobie poradzila, bo ma swietny angielski
(ma zdolnosci jezykowe po mnie).

Widzialam duzo postow na temat problemow z rodzicami. Naprawde niektorzy nie moja wesolo. Moje dziecko ma troje kochajacych je rodzicow ( kazdy z nas kocha je na swoj sposob), wszystko materialnie, co moze miec dziewczyna w jej wieku procz gwiazdki z nieba, podwojne wakacje, podwojne ferie, trzy kochajace ja babcie ( w tym moja mame, z ktora ma dobry kontakt) i ja naprawde nie rozumiem tego jej focha.Powinna byc zadowolonym dzieckiem, szczesliwa dziewczyna, a wcale takiego wrazenia nie sprawia. jest zamnkieta ws obie krolowa lodu. Czysta Elsa we wkurzonej postaci w tym swoim zamku lodowym. Co tu robic, zeby te lody skruszyc? Chetnie poslucham.


Góra 
 Zobacz profil  
 
Kobieta
 Post Napisane: 25 kwi 2017, o 21:40 
Carewna

Dołączył(a): 31 sty 2008, o 13:40
Posty: 6136
Pani Mamo Emigrantko - tak w skrócie, odpowiadając na Pani fundamentalne i zwieńczające obszerną wypowiedź pytanie: przeczekać. To jest chyba najsensowniejsza rada jaką mam, poza tym aby być bardzo uważnym - na tyle, na ile jest Pani w stanie widząc i słysząc córkę tak sporadycznie.

Nie jestem psychologiem ani terapeutą, więc oczywiście moje "rady" oraz spostrzeżenia należy przepuszczać przez grube sito i absolutnie nie brać za żaden pewnik ani wielkie mądrości. Ja mam teraz 25 lat (jednak wcale nie jest Pani jedyną staruszką na tym forum :) wielu takich jak ja zarejestrowało się jako nastolatki i wciąż czasem wracamy z uwagi na sentyment), ale kiedy byłam nastolatką, to moja mama również wyjechała za granicę w poszukiwaniu pracy: przez trzy lata przebywała w Niemczech, a później przez rok w Irlandii (podobnie jak Pani, ale bardziej na północ). Zresztą, po upłynięciu tego roku wraz z siostrą dołączyłyśmy do mamy, więc nasza historia potoczyła się nieco inaczej niż Pani i córki dotychczas. Co więcej, po rozwodzie moich rodziców ja i moja siostra bardzo długo nie utrzymywałyśmy kontaktu z naszym ojcem, odnawiając go relatywnie niedawno. Ponadto, mam w bliskiej rodzinie kolejny obrazek emigracyjny - siostra mojej mamy także od wielu lat mieszka za granicą, natomiast w Polsce, z ojcem, żyją jej synowie - kiedy wyjechała byli jeszcze mali, a teraz są mniej-więcej w moim wieku. To wszystko każe mi przypuszczać, że być może mam cokolwiek do dodania i moja perspektywa może mieć jakąś tam wartość.

Przede wszystkim, proszę pamiętać, że częściowo zniknęła Pani z życia córki bardzo wcześnie - od tamtego czasu widywała ją Pani tylko w weekendy, potem jeszcze rzadziej. Mama zawsze jest mamą i na pewno zawsze pozostawała i pozostaje Pani w jej sercu, ale przecież w większości życie toczy się z dnia na dzień - tę codzienność i normalność stanowi w życiu Pani córki dom taty, tato i macocha. Choć jest Pani mamą, to jednak wizyty Pani czy u Pani były i są dla Pani córki pewnym odstępstwem od normy - pomimo wszystko, to ten rodzic, który ma codzienny kontakt z dzieckiem w dobrych i koszmarnych sytuacjach, jest rodzicem, który jest bliżej tego dziecka i ma na nie większy wpływ (nawet jeśli nie jest rodzicem idealnym - no a, powiedzmy sobie szczerze, rzadko kto jest). Tak po prostu jest - ojciec i macocha musieliby chyba zacząć maltretować dziecko żeby doszło do sytuacji, w której ono zaczęłoby idealizować pobyt u Pani zamiast domu, który zna jako swój. Proszę pamiętać, że taki stan rzeczy obowiązywał przez wiele lat i prawdopodobnie dużo czasu upłynie zanim to się zmieni (a tym samym kontakt Pani z córką poprawi się). To nic - proszę się nie załamywać i nie tracić nadziei, tylko być konsekwentną w swoim działaniu.

Miałam 15 lat nie tak wcale bardzo dawno i mogę z całą pewnością atestować, że jest to albo bardzo trudny, albo po prostu koszmarny czas w życiu człowieka, rzadko kiedy spokojny. ;) To jest po prostu tzw. "trudny wiek" i, niestety, jedynym lekarstwem na bezsensowne humory, wybuchy złości oraz dąsanie jest cierpliwość. Moja mama nigdy nie miała cierpliwości do mnie ani do mojej siostry kiedy byłyśmy w tym wieku i jedyne, co z tego wszystkiego wyniknęło, to masakryczne kłótnie i nieodzywanie - na pewno nie natychmiastowa poprawa z naszej strony i uspokojenie się. ;) Wobec tego - po pierwsze - na wszystko przyjdzie czas.

Nie radziłabym też kultywować w swojej głowie myślenia z serii "ojciec i macocha nastawiają dziecko przeciwko mnie". Absolutnie nic to nie da ani nie zmieni, a Pani tylko się zdenerwuje i zatraci obiektywizm. Na tyle, na ile to możliwe, warto starać się podchodzić do rzeczy racjonalnie i bez zbytniego oceniania. Ojciec i macocha na pewno nie są najlepsi na świecie, ale jeśli córka wyczuje, że ma Pani do tych ludzi negatywne nastawienie i miota Panią kiedy tylko jest o nich mowa, to nie będzie zadowolona ani nie będzie miała dobrego zdania o Pani - nastolatki nie mają tyle empatii co dorośli (sorry nastolatki! :D), a każde dziecko kocha i broni swoich rodziców - bardzo często również wtedy, kiedy oni postępują ewidentnie źle. Pani córka może i słucha na co dzień gderania na Pani temat ze strony macochy i ojca (może - nie ma Pani podsłuchu ani detektywa i nie wie Pani na pewno), ale to już nie jest malutkie dziecko, tylko ktoś, kto ma swój rozum (pomimo burzy hormonów) i własne uczucia. Polecam o tym pamiętać i na tym się skoncentrować.

Proszę też absolutnie nie zniechęcać się i nie odpuszczać, bez względu na to, jak jest trudno i do dupy. Bardzo trudno jest wybaczyć rodzicowi, który się o nas dostatecznie nie stara, "ma wywalone" - nawet jeżeli sami nie jesteśmy najłatwiejszymi dziećmi. Proszę nadal dzwonić i słać te prezenty na urodziny, i namolnie usiłować nawiązać sensowniejszą rozmowę z córką, pytać o jej życie, o to, co ona myśli, co lubi, jakie jest jej zdanie itd. Teraz jest do kitu i zero odpowiedzi, ale ona to prawdopodobnie za jakiś czas doceni. Mój tato przestał widywać się ze mną i moją siostrą, ponieważ miałyśmy dosyć jego głupich oraz złośliwych zachowań wobec naszej mamy - obraziłyśmy się na niego, ale byłyśmy wtedy bardzo smarkate. Nasz ojciec uniósł się honorem i nigdy nie postarał się o przeprosiny, szczerą rozmowę, nie pamiętał o naszych urodzinach ani nie próbował do nas dzwonić czy pisać. Nie wyszło mu to na dobre jako rodzicowi, więc proszę wyciągnąć wnioski z tejże oto fascynującej i dramatycznej historii i absolutnie nie zachowywać się podobnie. ;)

W ogóle, ja bym starała się rozmawiać z córką częściej niż co dwa tygodnie. Proszę sobie Skype'a zainstalować, a nie będzie problemu z roamingiem. Chyba nie ma Pani wiele do stracenia - najwyżej córka nie będzie miała czasu, albo fuknie raz czy dwa, albo rozmowa będzie się średnio kleić. Ale, z drugiej strony, jest tak, że im bardziej do czegoś albo kogoś przyzwyczajamy, tym bardziej się do tego/niego przekonujemy. Może z czasem wyklarują się jakieś sensowniejsze, bieżące tematy i będzie Pani trochę bardziej częścią takiego codziennego życia córki. Moim zdaniem warto spróbować.

Ciężka sprawa z uczuciami, bo Pani jest trochę nieobecna dla córki od bardzo dawna i ona w sumie nie pamięta niczego innego. Macocha jest w jej codziennym, domowym życiu w zasadzie równie długo. Jednak Pani cały czas zabiega, stara się, pomaga - nie jest Pani nieobecna, a macocha nigdy nie zastąpi prawdziwej mamy (no, może w niektórych przypadkach - ale chyba Pani musiałaby być zupełnie nieobecna albo jakaś niedobra dla córki, za to macocha musiałaby mieć z nią świetny kontakt - a tak przecież chyba nie jest). Mnie osobiście wydaje się, że to jest kwestia przyzwyczajenia. Mama to jest ktoś, kto nas kocha i zachowuje się jak prawdziwa mama, plus jest zawsze w pobliżu, w domu. Tutaj Pani jest prawdziwą, kochającą mamą i córka na pewno to czuje, ale z drugiej strony - jak już wspomniałam, nie ma pani codziennie. Może częstszy i bardziej bieżący kontakt trochę zaradziłby temu. Teraz, wydaje mi się, że dziewczyna ma mętlik w głowie, plus jeszcze dodać do tego okres dorastania - to już w ogóle masakra. ;)

Może być i tak, że córka ma jakiś ukryty żal do Pani, że Pani ją zostawiła i wyjechała daleko, może podświadomie czuje się porzucona. Jednak tutaj nie można już za wiele poradzić, bo co się stało, to się nie odstanie. Pani córka musi sobie z tym poradzić na własną rękę, podobnie jak Pani ze swoim "krzyżem". Oczywiście, pomogłaby szczera rozmowa na ten temat i wyjaśnienie tego, dlaczego stało się jak się stało i co w związku z tym - ale przypuszczam, że to miało miejsce na jakimś tam etapie. Poza tym, co tu dużo gadać - ciężko z takim młodym, niepoukładanym człowiekem szczerze porozmawiać na taki trudny i emocjonalny temat. Moim zdaniem, najważniejsze, to - tak jak wspomniałam - nie zrażać się i ciągle dawać do zrozumienia, że się jest, że się kocha, że się pomoże i że nam naprawdę zależy. Przy odrobinie szczęścia może w końcu uda się zaprzyjaźnić z córką, a to już bardzo dużo. Aczkolwiek...

...i tutaj kolejny punkt - nie wolno rozpieszczać i dać sobie wejść na głowę. Uwaga, anegdota. Moja ciocia, o której mowa wcześniej, wyjechała kiedy jej dzieci były małe (starsze niż Pani córka kiedy Pani rozwiodła się z mężem, ale wciąż małe). Oczywiście, nie mogła sobie wybaczyć, że tak niecnie opuściła swoje potomstwo i, w związku z tym, wszelkie ich niepowodzenia albo problemy, których przysparzali, przypisywała sobie. Oczywiście, dzieci miały ojca na miejscu, a mama dzwoniła do nich codziennie (potem już co dwa-trzy dni), ale to nadal nie było wystarczające. Co za tym idzie, ilekroć przyjeżdżała do domu albo synowie jechali w odwiedziny do niej, wszystko musiało być idealnie i ciotka chodziła wokół swych latorośli na paluszkach. W obecności mamy nie musieli robić absolutnie nic, mogli odzywać się jak chcieli i robić to, co im się podobało. Jest tak dotej pory, a są już dorośli. Jeżeli Pani myśli, że moja ciocia otrzymała jakąkolwiek nagrodę za swoje poświęcenie (rozłąkę z dziećmi aby zapewnić im byt oraz skakanie dokoła nich jak dzika małpa i przymykanie oczu na wszystko) oraz dobroć, to niestety, ale gunwo! Synowie mają do niej zero jakiegokolwiek szacunku, ignorują ją, okazują jej swoje humory i traktują ją arogancko, wychodząc z założenia, że mama ma rację: porzuciła ich, absolutnie wszystkie problemy i nieszczęścia w ich życiu wywodzą się z tego źródła, wobec czego naturalnym jest, iż matka ma im służyć, dawać hajs oraz w pokornym milczeniu znosić beznadziejne zachowanie oraz pyskówki.
No właśnie nie. Wiem, że Pani na pewno czuje się winna w pewnym stopniu i stara się Pani wynagrodzić córce swoją nieobecność oraz udowodnić swoją miłość poprzez dawnie jej taryfy ulgowej, przemilczanie i kupowanie super prezentów. Niektóre rzeczy faktycznie trzeba olać, bo - jak już wspomniałam - trudny wiek i nic się na to nie poradzi. Warto również się starać i pamiętać o córce - ale nie można dać sobie wejść na głowę. Niech Pani nie będzie też moją ciocią, bo chyba nie chce Pani żeby w przyszłości Pani córka odpłaciła za taki zalew miłości oraz tęczy brakiem szacunku i zerowym docenieniem tego, a niestety - tak są skonstruowani ludzie.

Ja zdaję sobie sprawę, że to na pewno jest dla Pani bardzo trudne i w ogóle ciężko jest sobie to wszystko tak poukładać i wybalansować, żeby to miało sens. Dlatego polecam Pani bardzo pogadać z psychologiem (nie wiem jakie opcje są na Południu, prywatny terapeuta potrafi sporo kosztować - ale jest sporo charities w Irlandii i rozmaitych organizacji ds. zdrowia psychicznego czy ochrony kobiet, oni często oferują takie usługi za darmo lub "co łaska"; można też zorganizować sobie terapię z psychologiem z Polski przez Skype'a, wyjdzie taniej), najlepiej takim, który pracuje z dziećmi i młodzieżą. On na pewno Pani dobrze poradzi w sprawie tego jak ugryźć tego zwierza, jakim jest kontakt z Pani córką Elsą, no a przede wszystkim może Pani pomóc poukładać samej sobie w głowie - jeśli Pani sama nie będzie ogarnięta i w miarę spokojna, to średnio uda się wprowadzić w życie plan "poprawiamy relacje". :)

Życzę powodzenia i bardzo fajnie, że stara się Pani poszukać pomocy zamiast, jak niektórzy rodzice, wzruszyć ramionami i czekać aż "samo się wyklaruje". :)


Góra 
 Zobacz profil  
 
Nie wybrano
 Post Napisane: 26 kwi 2017, o 10:06 
-#
-#

Dołączył(a): 17 kwi 2017, o 13:32
Posty: 2
Mandinko, bardzo dziekuje za Twoja odpowiedz. Normalny psycholog za duzo nie pomoze, raczej chyba wolalabym nawiazac bardziej kontakt z Toba. Potrzebuje perspektywy drugiej strony, z punktu widzenia wlasnie takiej osoby jak Ty, ktora moglaby mi doradzic np. czy wiadomosc wyslana do corki nie spowoduje wielkiego gniewu, tylko sprawi, ze zacznie myslec nad swoim zachowaniem.
bardzo ciezko jest bowiem znalezc mi ludzi, ktorzy potrafia zrozumiec moja sytuacje w takim stopniu, jak Ty. Jezeli moglabys mi wyslac pustego maila na mojego maila, celtapol@gmail.com, to bylabym Ci bardzo wdzieczna. Chcialabym wyslac wiadomosc do corki i zastanawiam sie, jak ona zareaguje. Z gory dziekuje za jakakolwiek odpowiedz.


Góra 
 Zobacz profil  
 
Kobieta
 Post Napisane: 26 kwi 2017, o 20:41 
Carewna

Dołączył(a): 31 sty 2008, o 13:40
Posty: 6136
No nie ma sprawy, zawsze służę chętnie pomocą i maila jak najbardziej wyślę; zaznaczam jednak, że nie jestem profesjonalistą ani od spraw ogólnie psychologii ani tym bardziej dziecięcej i trochę głupio by było gdyby sugerując się moimi przemyśleniami i - być może błędnym lub niepełnym - punktem widzenia, sabotowałaby Pani w jakiś sposób relacje z dzieckiem (nie bądźmy też już tacy dramatyczni, ale ryzyko zawsze istnieje :P). Tak więc gorąco doradzam krytyczne podejście!

A w ogóle podejmowała Pani kiedykolwiek próby rozmowy z psychologiem lub psychoterapeutą? Jeżeli nie, to myślę, że zdecydowanie warto - może się Pani pozytywnie rozczarować. Jeśli owszem, ale z kiepskim skutkiem, to może i tak warto spróbować jeszcze raz - ilu terapeutów/psychologów, tyle sposobów pracy z klientem i podejścia do problemu, już nie wspominając o tym, że każdy z nich jest też człowiekiem i ma charakter oraz sposób bycia, który może klientowi pasować albo nie. Osobiście zaobserwowałam, że chodzenie na terapię jest ochoczo promowane i wręcz gloryfikowane w głównej mierze w tzw. uprzywilejowanych czy też "inteligenckich" kręgach, gdzie często ludzie korzystają z tego typu usług po to, by po prostu wzbogacić swoje życie wewnętrzne i zaadresować problemy natury egzystencjalnej, ewentualnie jakieś tam lżejsze problemy psychiczne (nie zawsze! Podreślam, że to tylko moja obserwacja i na pewno sporo takich ludzi ma też tzw. prawdziwe problemy - problemy zawsze są bardzo prawdziwe dla tego, kto się z nimi boryka, jakiekolwiek kalibru). Natomiast ludzie wywodzący się z tzw. trudnego środowiska, różnego typu dysfunkcyjnych rodzin, czy też osoby zmagające się z uciążliwymi i trudnymi problemami takimi jak uzależnienia, depresja, choroby typu dwubiegunowa czy schizofrenia, ludzie po traumie (np. przemoc w rodzinie albo molestowanie seksualne) - oni niespecjalnie kwapią się do wizyty u psychologa, nie jest to wśród nich "trendy" i zazwyczaj odkładają to tak długo, jak się da oraz niechętnie rozmawiają o tym ze znajomymi czy rodziną. Nawet nie chodzi już o łatkę przylepioną wizytom u terapeuty, ale raczej o to, że kiedy mamy problemy, to się ich wstydzimy, jest nam trudno o nich opowiadać, nie chcemy się uzewnętrzniać (zwłaszcza obcym!) i jesteśmy przekonani, że taka osoba z zewnątrz nas nie zrozumie. A właśnie szkoda, bo taka osoba jednak może rozgryźć nasz problem i pomóc nam go zrozumieć i zaadresować - nie jest to łatwy ani przyjemny proces, ale jednak można się zdziwić kiedy zestawi się w nim swoje oczekiwania z rzeczywistością oraz porówna plusy i minusy.

Tak więc, mimo wszystko, psychologa polecam. ;)


Góra 
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
 
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 4 ] 

Strona główna forum » Trudne Sprawy » Uczucia


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

 
 

 
Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL