Logowaniepodłoga
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
zakmnij
RSS RSS YouTube facebook

Plamy na duszy #3: Z uzależnieniem się nie walczy

0 DODAJ
KOMENTARZ


Ocena:Ocena: 5 gwiazdki (polecamy)Ocena: 5 gwiazdki (polecamy)Ocena: 5 gwiazdki (polecamy)Ocena: 5 gwiazdki (polecamy)Ocena: 5 gwiazdki (polecamy)
Data dodania: 2013-11-23
Odsłony: 3627
Autor: Darja_

Kto z nas nie lubi zakładów? Kto z nas choćby raz w życiu nie założył się o coś? O przekonanie, o piwo, o konkretną karę? Jako ludzie uwielbiamy rywalizację i pragniemy udowadniać innym swoją rację oraz wartość. Jednak co wtedy, gdy te niewinne zakłady zamieniają się w poważną chorobę, która niszczy cały świat? Jak sobie radzić z pokusą, od której nie można się uwolnić? Jak zachowuje się i co czuje hazardzista?

Na te pytania (i nie tylko) odpowie Michał Krupa, autor książki Cześć, mam na imię Michał, która powstała na podstawie doświadczeń wielu hazardzistów. Nie jest to biografia autora, choć niektóre sceny są odniesieniem do jego własnych przeżyć z czasów, gdy zmagał się z nałogiem.  Bohater powieści w swojej głowie zasadził roślinę, o którą dbał, której się poświęcał i która w końcu zaczęła wysysać z niego życie. Hazard.

Darja: Podstawowe pytanie, które musi paść w przypadku uzależnień, nałogów, to: jak zaczęła się cała historia? Jak wyglądały początki hazardu w Pana życiu? Kiedy i gdzie był „pierwszy raz” z hazardem?

Michał Krupa: Początek był w zasadzie podobny do tego, co opisałem w książce. Byłem z kolegami w jakimś barze i piliśmy piwo. Nic wielkiego. Takie normalne spotkanie towarzyskie. I jeden z nich zaproponował, by zagrać na jednej z maszyn. Ja wcześniej nigdy nie grałem i nie miałem pojęcia, jak się coś takiego obsługuje. Chłopaki pokazali mi wszystko i zacząłem. Przegrałem to, co włożyłem do maszyny, bardzo szybko, ale nie włożyłem więcej pieniędzy. Z tego, co pamiętam, to byłem wściekły na siebie, że jak kretyn przegrałem pieniądze. Czy to był początek? Nie wiem. Na pewno był to pierwszy raz. Następnego razu już teraz dokładnie nie pamiętam, ale zdarzyło się to po długim czasie. Było lato. Wyszedłem z pracy i miałem coś do załatwienia. Przechodziłem obok salonu gry w centrum miasta i wtedy pojawił się pierwszy raz ten impuls. Szybka decyzja i wszedłem. Czułem się tam nieswojo. Wolałem schować się gdzieś w rogu tak, by nikt mnie nie widział. Chyba odczuwałem wstyd, że tam byłem. Na pewno przegrałem i następne razy też. Grałem jak bohater mojej książki, tylko na maszynach, w których obracały się na rolkach różne owoce i symbole. Nie znałem do końca zasad i o wygraniu jakichś pieniędzy nie mogło być mowy. Grywałem po pracy. Nie za często. Może dwa razy w tygodniu po jakieś pół godziny do godziny. W tym okresie nigdy nie pojechałem specjalnie do salonu. Był to raczej sposób na odłączenie się po pracy. Coś w rodzaju relaksu.

Jak Pan traktował porażki? Jakie uczucia się wtedy pojawiały?

Rozumiem, że chodzi Pani o czas, gdy już ostro grałem, i nie mówimy tutaj o porażkach życiowych? Chodzi tylko o pieniądze? Porażki były dużą częścią mojego grania, choć nie jedyną. Co ciekawe, przegrana powodowała albo jeszcze silniejszą chęć do odegrania się i szukania sposobów zdobycia nowych funduszy, albo zaklinanie się i przysięganie, że był to już ostatni raz. W te przysięgi ja naprawdę wierzyłem. To w jakimś sensie dawało ukojenie i pozory sztucznego spokoju, że od teraz bedzie już dobrze, bo przecież od jutra nie gram. Wygrane, i z tego, co wiem, dotyczy to większości hazardzistów, nie wpływają aż tak mobilizujaco do dalszej gry. Można by sądzić odwrotnie, nieprawdaż? Wygrałem – super! Ale cała sprawa polega na tym, że nie jest łatwo wyjść, gdy jest się na plusie. Generalnie dopóki są pieniądze, dopóty można grać, a to liczy się najbardziej. Nie pieniądze, tylko gra.

Jak świętował Pan sukcesy?

Z początku wygrane traktowałem jako zastrzyk dodatkowej gotówki. Może robiłem to podświadomie, ale pamiętam, że kupowałem wtedy różne drogie drobiazgi dla mojej żony. Myślę, że był to taki sposób na uspokojenie mojej moralności. A później? Oczywiście wygrane, czasami duże kwoty, szły na jeszcze intensywniejsze i bardziej ryzykowne granie. Wszystko, co było do świętowania, i nie tylko wygrane, ale także urodziny, rocznice ślubów, dosłownie wszystko było powodem, by zaszaleć w kasynie lub salonie.

Jak dużą kwotę przegrał Pan jednorazowo? A jaka była największa wygrana?

Mówimy tutaj o kwotach przewyższających 2-, nawet 3-miesięczne zarobki w jedną, jak i drugą stronę, ale to akurat nie jest najważniejsze. W tym wszystkim pieniądze stanowią zaledwie czubek góry lodowej, choć ich brak i ogromne długi są tym pierwszym, co rzuca się w oczy najbliższemu otoczeniu. Mogę jednak w tym temacie dodać jeszczę małą dygresję. Czy dla kogoś, kto zarabia, dajmy na to, 1000 zł miesięcznie, 500 zł to duża kwota czy mała? A dla Pani? Ile to jest dla Pani to 500 zł? Ile Pani musiałaby przegrać, by poczuła Pani zimny pot na twarzy i ogarnęło Panią przerażenie splecione z paniką?

1 2 3 4 right

Przeczytaj inne arty

brak felietony O świętach, Robercie Downey Jr., szczęściu bez zbędnego narzekania Trudno napisać tekst o świętach osobie, która ich tak naprawdę nie lubi od kilku lat,...
brak felietony Gdzie ci mężczyźni, prawdziwy tacy? W lesie?! Prawdopodobnie przyzwyczailiśmy się, że ktoś mówi nam, jak powinna wyglądać prawdziwa kobieta. Aczkolwiek niektórzy wciąż...
brak felietony Pokarm polskich Internautów Anna Przybylska i Mateusz Maga. Dwie zupełnie różne postacie. A jednak jest coś, co je...

Komentarze_ 0


Dodaj komentarz